Obietnica złożona w dżungli
Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś młodym facetem, ledwo po dwudziestce, czołgasz się przez gęstą dżunglę ze złamaną szczęką i rozdartym kręgosłupem. Dookoła ciebie — pogruchotane szczątki twojego bombowca. Dziewięciu twoich najlepszych kumpli nie żyje. Japończycy się zbliżają. Masz tylko to, co na sobie. A mimo to — przeżywasz.
Tak właśnie było z porucznikiem Jose Holguinem, 26 czerwca 1943 roku.
A to, co sprawia, że jego historia jest naprawdę niezwykła: on nie tylko przeżył. Przez następne cztery dekady próbował wszystko naprawić.
Bombowiec zwany "Grzeczny, Ale Ładny"
Zacznę od tej maszyny, bo zasługuje na pamięć. B-17 Flying Fortress, którym nawigował Holguin, dostał od załogi ksywkę "Naughty But Nice" — i to właśnie nią ozdobili dziób samolotu, kolorowymi pomarańczowymi literami. Obok namalowali nagą brunetkę w niebieskiej spódniczce. Byli młodzi, co tu dużo mówić. Mieli humor i poczucie wspólnoty.
Ten samolot już raz oszukał śmierć. W marcu 1943 roku japońskie myśliwce zaatakowały i zabiły jednego z pilotów. Podziurawiony kulami bombowiec jakoś wrócił, zalatali dziury i leciał dalej. Ale 25 czerwca, podczas misji nad lotniskiem Vunakanau koło Rabaul, szczęście w końcu go opuściło.
Japoński myśliwiec nocny wykonał trzy podejścia do B-17. Dwa silniki padły. Załoga szykowała się do skoków ze spadochronem. Kiedy Holguin pomagał kolegom, maszyna zaczęła wirować. Wyrzuciło go przez przednią klapę ewakuacyjną dokładnie w chwili, gdy bombowiec roztrzaskał się o dżunglę w Górach Baining.
Dziewięciu ludzi nie zdążyło wyskoczyć. Jeden przeżył.
Najgorsze dopiero nadchodziło
Tu większość ludzi by się poddała, prawda? Holguin miał ku temu wszelkie powody. Czołgał się przez tę dżunglę przez tygodnie, bez jedzenia, ze złamaną szczęką i kręgosłupem, który wył z bólu. W końcu miejscowi znaleźli go w miejscu o nazwie Arumbum.
Ocalili mu życie. Karmili go, opiekowali się nim, leczyli jak mogli.
Ale wojna nie liczy się z twoim cierpieniem. Wioska nie mogła go bezpiecznie ukrywać. Musieli wydać go Japończykom, którzy wrzucili go do obozu jenieckiego w Rabaul. Bez żadnego leczenia. Wyobraź sobie to — leżysz tam ze złamaną szczęką, a wiesz, że ludzie, którzy powinni ci pomagać, to ci sami, którzy cię zestrzelili.
W 1944 roku przenieśli go do obozu jenieckiego Tunnel Hill, gdzie było jeszcze gorzej. Dopiero we wrześniu 1945 roku australijska marynarka wojenna w końcu go uwolniła — razem z zaledwie ośmioma innymi więźniami, którzy przetrwali Rabaul.
Wrócił do domu. Wbrew wszelkim przeciwnościom, wrócił do domu.
Obietnica, której nie mógł zapomnieć
I tutaj historia Jose Holguina nabiera naprawdę wyjątkowego znaczenia.
Mógł iść dalej. Większość z nas by tak zrobiła. Wojna to piekło i najrozsądniej jest zostawić ją za sobą, skupić się na własnym życiu, zapomnieć.
Ale Holguin nie potrafił zapomnieć.
Jego dziewięciu przyjaciół wciąż leżało gdzieś w tej dżungli. W nieoznakowanych grobach — albo gorzej, pochowanych jako "nieznani" w Narodowym Cmentarzu Pamięci w Honolulu. Japończycy pogrzebali szczątki w płytkich dołach. Część szczątków znaleziono w 1949 roku, ale wówczas nie dało się ich zidentyfikować.
Holguin znał ich nazwiska. Znał ich twarze. Wiedział, że ich rodziny wciąż się zastanawiały, zawsze się zastanawiały.
Więc w 1982 roku — niemal 40 lat po katastrofie — wykupił pierwszą podróż powrotną do Rabaul. Na własny koszt. Bez żadnego rządowego zobowiązania. Tylko on i jego obietnica.
Podczas tej pierwszej wyprawy wydarzyła się niezwykła rzecz: spotkał miejscową kobietę, która pomogła mu tuż po katastrofie. Wciąż tam była. Wciąż pamiętała.
Jedna podróż zamieniła się w trzy
Podczas drugiej wyprawy miejscowi zaprowadzili go do wraku. Leżał sobie ukryty w tej odległej dżungli przez cztery dekady — szczątki "Grzecznego, Ale Ładnego".
Ale Holguin jeszcze nie skończył. Pojechał po raz trzeci. I podczas tej właśnie wyprawy, z pomocą tych samych wioskowych mieszkańców, którzy uratowali mu życie tyle lat wcześniej, w końcu odzyskał szczątki swoich poległych braci.
Wszystkich dziewięciu.
Dalej zajęło się tym Departament Obrony. Dzięki badaniom DNA i skrupulatnej pracy udało się zidentyfikować każdego z lotników — włącznie z tymi, których pochowano jako nieznanych w Honolulu. Rodziny wreszcie otrzymały odpowiedzi. Mężczyźni doczekali się godnych pochówków z pełnymi honorami wojskowymi.
A kokpit tego B-17? Trafił do lokalnego muzeum, razem z tym szelmowskim malunkiem na dziobie. Piękne upamiętnienie maszyny i załogi, które nie chciały zostać zapomniane.
Czego nauczył nas Jose Holguin
Ta historia nie daje mi spokoju od kilku dni. Co sprawia, że człowiek wraca w miejsce, gdzie чуть nie zginął, raz za razem, tylko po to, żeby sprowadzić szczątki do domu?
Myślę, że chodzi o coś takiego: Holguin rozumiał coś, o czym wielu z nas zapomina. To nie byli "polegli żołnierze" ani statystyki. To byli jego kumple. Ludzie, którzy mu zaufali, że zaprowadzi ich do domu. Ludzie, którzy tego nie doczekali.
Przez dekady dźwigał ten ciężar.
I wiecie co? Myślę, że jest w tym coś głęboko ludzkiego. Żyjemy w świecie, gdzie często staramy się zapomnieć bolesne wspomnienia, przejść nad nimi do porządku dziennego, udawać, że ich nie ma. Ale Holguin zrobił coś odwrotnego. Stawił czoła swojej traumie, wrócił w miejsce swojego najgorszego koszmaru i zamienił to w coś sensownego.
Następnym razem, gdy usłyszysz historię weterana II wojny światowej albo opowieść o "najstarszym pokoleniu", pomyśl o Jose Holguinie. Zapamiętaj, że najodważniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił, nie było przeżycie tej katastrofy ani te lata w niewoli.
To było właśnie powrócenie.
Niepoddanie się. Aż do końca.