Podwójne trzęsienie ziemi, którego nikt nie bierze na poważnie
Powiecie mi, że jestem paranoikiem. Że zbyt dużo czytam i za mało śpię. A jednak po tym, co właśnie przeczytałam w jednym z naukowych periodyków, mam ochotę wyjrzeć przez okno i sprawdzić, czy aby na pewno stoję na stabilnym gruncie.
Chodzi o to, co nazywamy "Wielką Trójką" — i nie, to nie jest kolejny serial Netflixa.
Trzęsienie, o którym wszyscy wiedzą
Na zachodnim wybrzeżu USA od dekad mówi się o tym szeptem i głośno. O tym potworze sejsmicznym, który pewnego dnia zmiótą Vancouver, Seattle i Portland. Ludzie chodzą na szkolenia z przygotowań kryzysowych, organizacje rządowe ćwiczą scenariusze ewakuacyjne, a temat wychodzi przy każdej większej imprezie w regionie. To trochę jak rozmowa o pogodzie — z tą różnicą, że zamiast "będzie padać" mówimy "będzie się trząść".
Ale teraz pojawia się nowy twist, który jeszcze niedawno brzmiał jak scenariusz filmu katastroficznego.
Naukowcy zaczynają podejrzewać, że najgorszy scenariusz to wcale nie jedno trzęsienie. Może być ich dwa. Jedno po drugim. W błyskawicznym odstępie.
Strefa subdukcji Cascadia — co to właściwie jest?
Zacznijmy od podstaw, bo bez tego ciężko zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku istnieje coś, co geolodzy nazywają Strefą Subdukcji Cascadia. Wyobraźcie sobie olbrzymi, niewidzialny zderzacz płyt tektonicznych —只不过 dzieje się to pod wodą i w zwolnionym tempie, którego ludzki umysł nie jest w stanie naprawdę ogarnąć.
Płyta Juan de Fuca powoli, milimetr po milimetrze, wsuwa się pod płytę północnoamerykańską. Tak powoli, że gdybyście mogli obserwować to z kosmosu przez całe życie, prawdopodobnie nie zauważylibyście różnicy. Ale prędzej czy później, tarcie ustępuje — i wtedy robi się naprawdę gorąco. Mówimy o trzęsieniach sięgających magnitudy 9.0, a nawet więcej.
I wiecie co? To już się wydarzyło. W 1700 roku Cascadia dosłownie eksplodowała. Fale tsunami z tego wstrząsu przemierzyły cały Ocean Spokojny i dotarły do Japonii. Japończycy zarejestrowali to w swoich kronikach — nagle mieli fale, które nie pasowały do żadnego lokalnego zdarzenia. Nikt wtedy nie wiedział, że przyczyna leżała tysiące kilometrów dalej, na drugim końcu Pacyfiku.
Nowe badania mówią: to nie koniec historii
Przejdźmy do tego, co mnie wytrąciło z równowagi. W piśmie Geosphere ukazało się badanie, które sugeruje coś, co brzmi jak materiał na horror: kiedy Cascadia w końcu pęknie, położona bardziej na południe formacja San Andreas może nie pozostać bierna. Te dwa systemy uskoków mogą być ze sobą połączone w sposób, którego wcześniej nie podejrzewano.
Jak to wykazali? Badacze pobrali rdzenie osadowe z dna morskiego w okolicach Cape Mendocino w północnej Kalifornii — czyli dokładnie tam, gdzie te dwa uskoki spotykają się pod wodą. Tu zaczyna się robić ciekawie. Trzęsienia ziemi powodują podwodne osuwiska, a te zostawiają po sobie charakterystyczne warstwy osadów. Ułożenie tych warstw można odczytać jak książkę — każda warstwa to zapis innego wydarzenia.
I właśnie tak naukowcy znaleźli dowody na istnienie czegoś, co nazywają "podwójnymi warstwami" (ang. doublet beds). Sedymencie, które świadczą o dwóch trzęsieniach uderzających jedno po drugim. Pierwsze składa drobny muł, a potem — dosłownie w ciągu godzin lub dni — drugie nanosi grubszy osad na wierzch. Odstęp między nimi? Minuty. Godziny. Nie tygodnie czy miesiące.
To nie jest hipotetyczny scenariusz. Takie zdarzenie miało miejsce przynajmniej raz w ciągu ostatnich 3100 lat. Stało się. Naprawdę.
Czemu powinno nam to przeszkadzać?
Przyznaję, że mieszkam w mieście, które byłoby w centrum tego całego zamieszania. Wrocław co prawda nie, ale wyobraźnia działa. Wyobraźcie sobie, że budujecie plany na wypadek katastrofy — macie zapasową wodę, żywność, znasz numer alarmowy, wiesz gdzie jest najbliższy punkt ewakuacyjny. I myślisz sobie: "No dobra, jakby nawet przyszło najgorsze, to przynajmniej będzie chwila na oddech. Na reakcję. Na odbudowę."
A teraz sobie wyobraźcie, że tej chwili nie ma. Że okno między pierwszym a drugim ciosem to kwestia godzin. Może minut.
Służby ratunkowe — nawet te najlepiej przygotowane, nawet z najlepszą wolą — zostałyby zmiażdżone przez jedno trzęsienie magnitudy 9.0. Teraz pomnóżmy to przez dwa. Wyobraźmy sobie mosty uszkodzone przez pierwszy wstrząs, które dostają kolejny cios. Zasoby rozproszone, linie komunikacyjne zerwane, a na dodatek społeczności nadmorskie walczące z falami tsunami z obu trzęsień jednocześnie.
To nie jest kolejny huragan, który przychodzi i odchodzi. To są dwie katastrofy w jednym dniu, może w jednej godzinie.
Więc co robimy z tą wiedzą?
Szczerze? Nie mam dla was gotowej odpowiedzi. Naukowcy nie twierdzą, że to NA PEWNO się wydarzy. Mówią, że to możliwe i że mamy na to historyczne dowody. Prawdopodobieństwo, że w naszym życiu doświadczymy takiego podwójnego ciosu, wciąż pozostaje stosunkowo niskie.
Ale jest coś, do czego wracam za każdym razem, kiedy o tym czytam: my już i tak wiemy, że Pacjfic Northwest żyje na wulkanie. Że to trzęsienie wisi w powietrzu od lat. Ta nowa badania nie zmieniają tej podstawowej prawdy — dodają tylko kolejną warstwę do tego samego przesłania: przygotuj się. Może troszkę lepiej niż wczoraj.
Może to dobry moment, żeby sprawdzić apteczkę, porozmawiać z rodziną o planach komunikacyjnych, w końcu zamontować te该死的 szafki do ściany. Nie ze strachu. Z rozsądku. Z tej samej pragmatycznej przezorności, która kazała nam wynaleźć pasy bezpieczeństwa i czujniki dymu.
Ziemia istnieje od miliardów lat. I szczerze mówiąc, niespecjalnie przejmuje się naszą infrastrukturą ani naszymi harmonogramami. To jednocześnie przerażające i — na swój dziwny sposób — uspokajające.
Jedno jest pewne: grunt pod naszymi stopami wciąż nam przypomina, kto tu naprawdę rządzi.
Jeśli chcecie zgłębić temat, pełne badanie znajdziecie w piśmie Geosphere. A przy okazji — może warto poszukać instrukcji, jak zamontować kołoCwiertel wody? Takie przygotowanie to jeden z prostszych kroków, które naprawdę mają znaczenie.
Źródło: https://www.popularmechanics.com/science/a74033625/big-one-earthquake