Marsjański psalm ulepny? Nie, coś znacznie ciekawszego
Mam dla was coś takiego, że nie mogę przestać o tym myśleć.
Łazik Curiosity wjechał sobie w jakąś dolinę, którą naukowcy z NASA nazwali „Valle Grande" — bo widać lubią dramatyczne nazewnictwo — i nagle cały zespół misyjny zamarł. Każdy patrzył i pytał: „Co my właściwie widzimy?"
Plaster miodu. Na Marsie.
No dobra, nie dosłownie. Kamery łazika zarejestrowały niesamowite wielokątne wzory pokrywające grunt. Wyglądały jak siatka plastra miodu, tyle że wtopiona w marsjańską powierzchnię. Każdy z tych quasi-sześciokątów ma od około czterech do ośmiu centymetrów średnicy. I rozciągają się dosłownie w każdym kierunku, jak daleko oko sięgnie — 360 stopni takiego widoku.
„Widzieliśmy już mnóstwo fascynujących krajobrazów oczami Curiosity, ale to morze wielokątów zwaliło nas z nóg" — powiedział Ashwin Vasavada, główny naukowiec misji. I szczerze? Zgadzam się w pełni, Ashwin.
Skąd się to bierze?
Tu robi się naprawdę ciekawie. Naukowcy wcześniej już natrafiali na mniejsze version takich wielokątnych formacji, ale zawsze pojedynczo, w odizolowanych miejscach. Nigdy czegoś takiego w takiej skali. Nigdy całego morza.
Co więc powoduje ten plaster-miodowy efekt?
Okazuje się, że natura ma kilka sposobów na tworzenie takich geometrycznych cudów. Jedna z możliwości jest dość prosta: wysychające błoto. Tak jak gdy wysycha kałuża i zostają charakterystyczne szczeliny układające się w sześciokąty — ten sam mechanizm, tylko na znacznie większą skalę.
Inna opcja to cykle temperatur. Przez miliony lat Mars doświadczał niezliczonych rund ogrzewania i chłodzenia, co może kruszyć grunt właśnie w te precyzyjne wzory geometryczne. Również ucisk od pogrzebanych osadów, które są ściskane i uwalniają wodę, mógłby zrobić podobną robotę.
Szczera odpowiedź? Nikt jeszcze nie wie. Zespół wciąż analizuje chemię i kształty, więc pełne wyjaśnienie przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać. Ale właśnie o to chodzi w eksploracji kosmosu — ta ciągła tajemnica.
Czternaście lat niespodzianek
To odkrycie to tylko najnowsza z długiej serii „co to jest, do cholery?" od Curiosity, który wędruje po Marsie od sierpnia 2012 roku. Czternaście lat eksploracji innej planety, a ta wciąż nas zaskakuje.
Łazik znajdował kryształy siarki leżące sobie spokojnie na powierzchni, odkrywał meteoryty, które jakoś przetrwały podróż przez cienką marsjańską atmosferę, i generalnie zmienił nasze rozumienie tego, jak Mars kiedyś wyglądał.
Bo właśnie — starożytny Mars nie był tym zakurzonym, martwym światem, które widzimy dzisiaj. Wróćcie myślą w czasie, a tam były jeziora. Strumienie. Woda płynąca po krajobrazie, u podnóża Góry Sharp, tej trzy mil wysokiej góry, na którą Curiosity wspina się powoli od 2014 roku.
A jeszcze coś — łazik znalazł ślady chemiczne pozostałe po tych wilgotniejszych czasach, w tym cząsteczki oparte na węglu, które są zasadniczo budulcem życia, jakie znamy. Te prekursory RNA i DNA.
Naukowcy nie mogą jednoznacznie powiedzieć, czy te cząsteczki pochodzą od żywych organizmów, czy może od samych procesów geologicznych. Obie opcje są w grze. Ale jedno wiemy na pewno: miliardy lat temu Mars miał odpowiednie składniki. Miał wodę, chemię i warunki, które teoretycznie mogłyby podtrzymać życie.
Szerszy obraz
Za każdym razem, gdy Curiosity coś znajduje, dokładamy kolejny element do układanki — pytania o to, czy życie kiedykolwiek istniało (albo może wciąż istnieje) gdzieś indziej w naszym układzie słonecznym. Ten plaster-miodowy krajobraz może wyglądać jak ciekawostka wizualna, ale w rzeczywistości może powiedzieć nam coś ważnego o historii geologicznej Marsa — jak woda przepływała przez planetę, jak klimat zmieniał się przez miliardy lat, jakie procesy ukształtowały powierzchnię, którą dziś widzimy.
I szczerze? Uwielbiam, że po 14 latach Curiosity wciąż dostarcza niespodzianki. Wysłaliśmy roboty na inną planetę, a ta planeta pokazuje nam rzeczy, których nigdy się nie spodziewaliśmy.
Więc trzymam kciuki, mały łaziku. Kontynuuj eksplorację. I może przysyłaj więcej zdjęć dziwnej marsjańskiej geografii — popcorn czeka.