Nocne niebo nie było puste
Pomyśl sobie: siedzisz w kabinie myśliwca, dziesięć kilometrów nad wojenną Europą. Ciemność dookoła. Wtem widzisz coś dziwnego – świecące kuleunoszące się tuż obok twojego samolotu. Zmieniają kolory. Lecą za tobą. A potem po prostu znikają.
Brzmi jak scenariusz filmowy? Nie – to działo się naprawdę. Na obu stronach konfliktu.
Skąd wzięła się nazwa?
Słowo „foo fighter" nie wzięło się z poważnego raportu wojskowego ani z naukowego artykułu. Pochodzi z komiksu. Konkretnie z pasków o Smokeyu Stoverze, bohaterze, który zamiast „strażak" mówił do siebie „foo fighter". Żart, prawda? Tyle że zjawisko bynajmniej nie było zabawne.
Piloci wymieniali się historiami o tych tajemniczych światłach, ktoś wpadł na pomysł nazwy, i tak się przyjęło. Wirusowo – zanim w ogóle mieliśmy internet.
Co to mogło być?
No i tutaj zaczyna się problem. Żadna z oczywistych odpowiedzi nie pasuje.
Flary? Nie potrafią skręcać ani nurkować. Płomienie z rur wydechowych? Nie byłyby widoczne. Balony meteorologiczne? Leciałyby tylko do góry. piorun kulisty? Ten nie zmienia kierunku i nie podąża za samolotami.
Nic z tego nie trzyma się kupy.
Co gorsza, widzieli je nie pojedynczy zmęczeni lotnicy, którzy mieli zwidy. Te same rzeczy raportowały całe załogi z tych samych eskadr. Ludzie wyszkoleni, żeby rozróżniać złudzenia od faktycznych obiektów.
Niektórzy od razu wskazywali na kosmitów. Szczerze? Trudno się dziwić. Świecące kule, które lecą za samolotem, wykonują akrobatyczne manewry i znikają – to nie pasuje do żadnej znanej fizyki z tamtych czasów.
Co z tego zostało
Ta historia łączy się z całą falą UFO, która nadeszła kilka lat później. W 1947 roku Kenneth Arnold zobaczył dziwne obiekty w pobliżu Mount Rainier, opisał je jako „talerze skaczące po wodzie" – i nagle mieliśmy „latające spodki". Latem tego samego roku doszło do słynnego incydentu w Roswell.
Ale foo fightery pojawiły się wcześniej. W czasie, gdy bomby nadal spadały, gdy żołnierze nadal ginęli. To nie były hologramy ani masowa histeria. To były prawdziwe spotkania wiarygodnych świadków.
I wciąż nie wiemy, czym były.
Może o to właśnie chodzi. W epoce, gdy lubimy wierzyć, że mamy odpowiedzi na wszystko, mamy przed sobą prawdziwą zagadkę sprzed niecałego stulecia. Coś krążyło nad Europą i Japonią, obserwowało samoloty i znikało.
Dla mnie to jednocześnie niepokojące i pocieszające. Świat jest dziwnym miejscem. I czasem najciekawsze historie to te, nad którymi wciąż główkujemy.