Historia, która brzmi jak scenariusz filmowy
Wyobraź sobie taką sytuację. Rok 1868. Jesteś francuskim oficerem, którego rząd wysłał do Japonii, żeby pomóc modernizować tamtejszą armię. Wszystko idzie gładko, przynajmniej do momentu, gdy nagle cały rząd się przewraca. Cesarz przejmuje władzę i każe ci się spakować.
Co robisz?
Jeśli jesteś Jules'em Brunet, to nie jedziesz do domu. Zostajesz, przechodzisz na stronę przegrywającą, pomagasz grupie samurajów założyć prawdziwą republikę i szykujesz się na walkę z całą armią cesarską.
Prawdziwa historia. I szczerze mówiąc, brzmi jak coś, co wymyśliliby w Hollywood.
Dwadzieścia pięć wieków pod butem
Przez ponad dwieście pięćdziesiąt lat Japonią rządził Szogunat Tokugawa. Nie był to jakiś zapyziały zaścianek — Tokugawowie zaprowadzili porządek w rozbitej na części kraju, stworzyli scentralizowany rząd i w zasadzie odcięli Japonię od reszty świata.
Ale w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku coś zaczęło się sypać. Mocarstwa zachodnie naciskały na układy handlowe, a wielu Japończyków uważało, że szogunat jest zbyt słaby, żeby im się przeciwstawić. Napięcie rosło. Lojaliści chcieli obalenia starego porządku. Zjednoczyli się wokół cesarza Meiji i los szogunatu był przesądzony.
I tutaj robi się ciekawie.
Kuriozalna decyzja Paryża
Francja wysłała do Japonii kapitana Charles'a Chanoine'a, żeby pomógł zreformować armię szoguna. Ale kiedy szogunat zaczął upadać, francuscy przywódcy podjęli dziwną decyzję — zaczęli potajemnie wspierać stronę przegrywającą. Logika była prosta: jeśli szogunat przetrwa, Francja zyska potężnego sojusznika w Azji.
Misja Chanoine'a utknęła w martwym punkcie. Cały projekt chylił się ku upadkowi. Ale jego prawa ręka, Jules Brunet, nie zamierzał się poddać.
Człowiek, który został
Kiedy nowy rząd Meiji nakazał w 1868 roku wszystkim francuskim doradcom wojskowym opuścić Japonię, większość z nich spakowała walizki. Ale Brunet spojrzał na sytuację i podjął decyzję, od której do dziś robi się ciężko na żołądku: postanowił zostać.
Wraz z ośmioma innymi francuskimi oficerami wymknął się z Yokohamy pod pretekstem wizyty w arsenalach. Ich prawdziwy cel? Spotkanie z admirałem Takeaki Enomoto, który dowodził flotą wierną szogunatowi.
Brunet wszedł na pokład. I razem popłynęli na północ.
Na wyspę o nazwie Ezo.
Republika od zera
Pod koniec 1868 roku Brunet i jego japońscy sojusznicy opanowali Ezo — dzisiejszą Hokkaido. Zajęli port w Hakodate i stopniowo całą wyspę. Ale cesarz Meiji nie zamierzał tego tak zostawić. Zażądał wydania broni i podporządkowania się władzy imperialnej.
Odmówili.
Zamiast tego, na początku 1869 roku, Ezo ogłosiło niepodległość. Hakodate zostało stolicą. I tutaj zaczyna się najlepsze — przeprowadzono wybory. No dobrze, głosować mogli tylko samurajowie, ale i tak: to była pierwsza i jak dotąd jedyna próba wprowadzenia demokratycznych rządów w historii Japonii.
Były wicehrabia Takeaki Enomoto został wybrany prezydentem. Keisuke Ōtori, baron i zaciekły wojownik, objął stanowisko ministra obrony. A Jules Brunet? Został mianowany ministrem spraw zagranicznych.
Wyobrażacie sobie takie spotkanie? Francuz w japońskim rządzie, negocjujący z zagranicznymi mocarstwami w sprawie uznania nowego państwa na zamrożonej wyspie na Pacyfiku.
Brunet nie zajmował się jednak tylko dyplomacją. Wychodził w teren, wzmacniał obronę, szkolił żołnierzy w francuskich metodach walki i fortyfikował gmach w kształcie gwiazdy — Goryokaku. Zbudowano lub umocniono sześć fortów. Tysiące żołnierzy otrzymało nowoczesne karabiny.
Szykowano się na wojnę. I wiedzieli, że nadchodzi.
Koniec snu
Wiosną 1869 roku siły imperialne wreszcie przybyły — około siedmiu tysięcy żołnierzy, potężna armia jak na ówczesne standardy. Otoczyły Goryokaku i przystąpiły do oblężenia.
Republika Ezo miała może trzy tysiące żołnierzy.
Ale ci żołnierze byli szkoleni przez francuskich profesjonalistów. Mieli artylerię. Mieli umocnione pozycje. Przez jakiś czas dali radę.
Ale liczby mają znaczenie. Siły imperialne były po prostu zbyt przytłaczające. Po zaciekłych walkach opór załamał się. Enomoto poddał się. Republika została rozwiązana.
A Ezo przemianowano na Hokkaido i oficjalnie włączono do nowego państwa japońskiego.
A co z Brunetem? On i kilku innych francuskich oficerów zdołało uciec i wrócić do Francji. Nie został stracony ani uwięziony. Wygląda na to, że nowy rząd japoński uznał, że lepiej nie rozdrapywać starych ran. Brunet wrócił do kariery wojskowej i ostatecznie został generałem.
Dlaczego to jest ważne
To, co najbardziej mnie w tej historii uderza, to fakt, że Republika Ezo to nie jest jakaś nota przypisowa w podręcznikach. To okno na moment, gdy Japonia stała na rozdrożu.
Stary świat umierał. Rodził się nowy porządek. I przez jedną krótką, błyskotliwą chwilę grupa wyrzutków próbowała zbudować coś zupełnie innego — azjatycką republikę w czasach, gdy większość kontynentu nadal rządzona była przez cesarzy i królów.
Oczywiście przegrali. Restoracja Meiji zwyciężyła, a Japonia stała się nowoczesnym państwem narodowym, z czasem potęgą militarną, która wprawiła świat w osłupienie. Ale Republika Ezo przypomina nam, że historia nie jest linią prostą. Czasem droga prowadzi przez dziwne objazdy. Czasem francuski oficer postanawia zostać i walczyć za sprawę, która jest już przegrana.
Historia jest bałaganiarska. I szczerze? Dlatego jest tak fascynująca.