Kamienie, które Same Pływają przez Pustynię
Kiedyś w życiu zdarzyło ci się poczuć, że gdzieś jest duchy? Może to był skrzypiący dom, albo cień, który ruszył się sam? Teraz wyobraź sobie, że zamiast ducha masz siedemsetkilogramową skałę, która powoli sunie sobie po pustyni. Bez żadnej pomocy z zewnątrz.
Witaj w Racetrack Playa w Kalifornii. Jednym z tych miejsc, które sprawiają, że zaczynasz wątpić w podstawowe zasady fizyki.
Historia, Której Nauczyciele Geologii Nie Potrafili Wyjaśnić
Sytuacja wygląda tak: masz przed sobą wyschnięte dno jeziora pośrodku absolutnej niczyjej ziemi. Miejsce, gdzie spokojnie można by spotkać kosmitów albo bardzo zagubionego kierowcę Ubera. I na tym dnie leżą ogromne skały. Niektóre ważą tyle co fortepian. I one się... przemieszczają.
Nie w przenośni. Nie przez miliony lat. Przemieszczają się teraz. No, może nie dokładnie w tej sekundzie, ale rozumiesz, o co chodzi.
Ślady za tymi skałami ciągną się setki metrów. Proste linie, zakrzywione ścieżki, czasem nawet zygzaki. Jakby ktoś urządził przyjęcie i hasłem było "oszołommy geologów na bardzo, bardzo długo."
Przez prawie sto lat od pierwszego zauważenia tych "pływających kamieni" w 1915 roku nikt nie miał pojęcia, o co chodzi. I ludzie zaczęli snuć teorie. Jedni mówili, że wiatr pcha skały po błocie, gdy rzadkie deszcze zalewają dno jeziora. Inni — i tego akurat szczerze uwielbiam — twierdzili, że to pola magnetyczne z głębi ziemi ciągną skały na niewidzialnej smyczy.
Magnesy! Na pustyni! Brzmi jak scenariusz filmu sci-fi, prawda?
Naukowiec, Który Zamienił Kuchnię w Pustynię
Tu robi się ciekawie. Na początku lat dwutysięcznych pewien badacz z Johns Hopkins, Ralph Lorenz, pracował nad projektem NASA w Dolinie Śmierci. Okolica jest tak niegościnna i podobna do Marsa, że używa się jej do testowania sprzętu przeznaczonego na inne planety. Podczas pobytu Lorenz zafiksował się na tych ruchomych skałach. Chciał odpowiedzi.
I wiecie co? Przełom przyszedł z jego kuchni.
Lorenz wziął kamień, włożył do pojemnika Tupperware, zalał wodą i wstawił do zamrażarki. Wyjął gotowe — miał bryłę lodu z kamieniem wystającym na wierzchu. Potem położył to dziwne stworzenie na tackę z wodą i piaskiem na dnie, i zaczął delikatnie dmuchać na skałę.
Ona. Sunęła. Przez wodę.
Nie robił tego dla żartu. Próbnie zrozumieć mechanizm. Ale jest coś pięknego w tym obrazku: naukowiec dosłownie dmuchający na kamień w pojemniku Tupperware i niechcący dowodzący, że stuletnia tajemnica nie była wcale taka tajemnicza.
Co Się Właściwie Dzieje?
Rozłożę to na czynniki pierwsze, bo to naprawdę jeden z najfajniejszych fenomenów przyrodniczych, o jakich słyszałem.
Cała magia to: odrobina wody, sporo szczęścia i odpowiednia temperatura.
Działa to tak. Co kilka lat spada akurat tyle deszczu, że dno jeziora pokrywa się cienką warstwą wody — może z centymetr czy dwa. W nocy, gdy temperatura spada, woda zamarza w cienki lód. Ale tu jest ten sprytny szczegół: lód nie pokrywa wszystkiego równo. Tworzy się dookoła skał.
Czyli masz teraz głazy w lodowych kurtkach. Kiedy wychodzi słońce i robi się cieplej, lód zaczyna pływać po wodzie. A skały? One też pływają — dosłownie wyciągnięte z błota przez otaczający je arkusz lodu.
Teraz wyobraź sobie lekki podmuch wiatru. Arkusz lodu łapie wiatr jak żagiel. A że skała w zasadzie pływa na tym lodowym tratwie, nawet najdelikatniejszy podmuch ją popycha. Sunie sobie po miękkim błocie, zostawiając za sobą idealny ślad. Bez magnesów. Bez duchów. Po prostu lód, woda i skała robiące swoje w idealnej harmonii.
Udało się To Nagrac
W 2014 roku Lorenz i jego ekipa naprawdę nakręcili skały w ruchu. Po dwóch latach oczekiwania — a planowali czekać dekadę — dopisało im szczęście i zobaczyli wszystko na własne oczy.
Nauka! Czasem ma w sobie element szczęścia, jak ujął to badacz Richard Norris. I szczerze? Uważam, że to piękne. Wszystkie te eksperymenty z Tupperware i stacje meteorologiczne na świecie, a czasem trzeba po prostu stać w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.
Dlaczego To Ważne (I Dlaczego Po Prostu Jest Fajne)
Uwielbiam tę historię, bo przypomina nam, że nasza planeta wciąż jest pełna tajemnic. Możemy sadzać łaziki na Marsie i mapować dno oceanów, ale grupa kamieni ślizgających się po pustyni wprawiała nas w zakłopotanie przez sto lat.
To też przypomnienie, że najlepsze wyjaśnienia przyrodniczych zagadek nie zawsze są te dramatyczne. Nikt nie chciał nudnej teorii o arkuszach lodu — chcieliśmy pól magnetycznych, udziału kosmitów, czegoś, co sprawi, że powiemy "wow". Ale czasem prawda to po prostu centymetr wody, mroźna noc i wiatr tak delikatny, że nie zmierziwiłby nawet włosów na głowie.
Następnym razem, gdy zobaczysz dokument o Dolinie Śmierci albo usłyszysz o pływających kamieniach, będziesz mógł opowiedzieć całą historię. O eksperymencie z Tupperware, o kamieniach na lodowych tratwach i o tym idealnym, nieprawdopodobnym połączeniu warunków, które to wszystko umożliwia.
Albo po prostu powiedz, że czasem wszechświat jest dziwny w najbardziej nudny, piękny sposób.
Tak czy inaczej — myślę, że zasługujemy na odrobinę zdziwienia.