Science & Technology
← Home
Kiedy USA zgubiło bombę atomową. I nigdy jej nie znalazło

Kiedy USA zgubiło bombę atomową. I nigdy jej nie znalazło

2026-07-03T15:55:06.042893+00:00

Ta bomba do dziś leży na dnie oceanu

Mam dla was historię, która dosłownie nie daje mi spać po nocach.

Wyobraźcie sobie grudzień 1965 roku. Wojna w Wietnamie nabiera rozpędu, a lotniskowiec USS Ticonderoga — ten sam, który przetrwał Drugą Wojnę Światową — wraca do Japonii po kolejnej serii nalotów na Północne Wietnam. Na papierze to była rutynowa operacja. No właśnie — rutyna. Niebezpieczne słowo, kiedy w grę wchodzą bomby atomowe.

Załoga przeprowadzała zwykłe ćwiczenie: załadunek termojądrowej bomby B43 na myśliwiec szturmowy Douglas A-4E Skyhawk. Ta zabawka nie była dla dzieci — mówimy o ładunku o mocy do 1 megatony. Dla porównania: to mniej więcej 70 razy więcej niż moc bomby zrzuconej na Hiroszimę. Urządzenie, które mogłoby zrównać z ziemią całe miasto w ułamku sekundy.

Starszy bosman Delbert Mitchell był tego dnia na pokładzie. Kiedy lata później opowiadał o tym US Naval Institute, pamiętał wszystko perfekcyjnie. Jego zespół miał procedury na wszystko — sześć osób, każda pilnowała swojego zadania. Jego rola? Upewnić się, że bomba jest na "bezpieczniku" i zameldować szefowi załogi. Kiedy zdjęli szary pokrowiec z bomby i zobaczyli oznaczenie "Y1", Mitchell mówił, że serce mu się wtedy zatrzymało. Wszyscy wiedzieli, z czym mają do czynienia.

Użyli specjalistycznej ciężarówki hydraulicznej, żeby podnieść tę prawie tonową bombę i ustawić ją pod Skyhawkiem. Zamocowali, zablokowali, przesunęli samolot na windę numer dwa. I wtedy zaczęły się schody.

Wiecie, co wyróżniało Ticonderogę? Ten lotniskowiec miał windę pokładową z boku kadłuba. Normalne lotniskowce mają windy w środku pokładu. Ta tutaj wystawała na zewnątrz, wysunięta nad ocean jak wspornik. Jedna strona windy była całkowicie otwarta na morze. Owszem, były siatki bezpieczeństwa — żeby ludzie nie wypadli za burtę. Ale te siatki zdecydowanie nie były zaprojektowane, żeby powstrzymać prawie-tonowy samolot.

Okręt skręcił w prawo. Wraz z nim przechylił się pokład — a co za tym idzie, platforma windy. Skyhawk z jądrowym ładunkiem znalazł się na lekkim wzniesieniu, skierowany wprost ku tej niezabezpieczonej krawędzi. Załoga zaczęła gorączkowo gwizdać, próbując ostrzec pilota, porucznika Douglasa Webstera. Ale z jakiegoś powodu — może był rozproszony, może czegoś szukał w kokpicie — nie zwracał uwagi.

I wtedy... po wszystkim. Skyhawk zsunął się z krawędzi i runął do Pacyfiku. Waga bomby pociągnęła wszystko w dół. Nikt nie zdążył zareagować. Samolot, pilot, najniebezpieczniejsza broń, jaką można sobie wyobrazićć — wszystko poszło na dno jak kamień. Około 110 kilometrów od japońskiej wyspy Kikai.

Minęło od tego czasu ponad sześćdziesiąt lat.

A tutaj robi się naprawdę niepokojąco: nigdy jej nie odnaleziono. Ta megatonowa bomba atomowa do dziś spoczywa gdzieś na dnie Pacyfiku i, o ile mi wiadomo, nikt nie ma konkretnych planów, żeby jej szukać.

Nie wiem jak wy, ale kiedy czytam takie historie, zastanawiam się nad liczbą takich przypadków, ludzkich błędów i absolutnym cudem, że nie żyjemy w o wiele straszniejszym świecie. Ktoś załadował bombę-mordercę miast na samolot, patrzył, jak zsuwa się za burtę, i tyle. Życie toczyło się dalej. Lotniskowiec kontynuował misję.

Może ta bomba będzie tam leżeć wiecznie — cichy reminder, jak kruche są nasze systemy. Albo może kiedyś ktoś uzna, że warto się nią zająć.

Do tego czasu? Po prostu tam jest. Czeka.

#nuclear weapons #military history #aircraft carriers #cold war #missing weapons #pacific ocean #uss ticonderoga #vietnam war #accidental loss