Mgła, Która Nie Była Naturalna
No to opowiadam wam historię. Wyobraźcie sobie: wrzesień 1950 roku, San Francisco. Miasto toczyło swoim zwykłym rytmem — tramwaje linowe dzwoniły, mgła napływała znad zatoki, jakieś 800 tysięcy ludzi żyło swoim życiem. Tyle że ci ludzie nie wiedzieli jednej rzeczy: ich własny rząd zamierzał zamienić ich miasto w wielki eksperyment naukowy.
Przez cały tydzień pod koniec września — od 20. do 27. — przez powietrze San Francisco przemykało coś niezwykłego. Nie była to zwykła mgła. Nie był to smog. To była celowo rozpylona chmura bakterii, wypuszczona przez armię amerykańską w ramach operacji o nazwie Sea-Spray.
Wiem, wiem. Brzmi jak coś z obsesyjnej teorii spiskowej. Ale uwaga — to naprawdę się wydarzyło i zostało odtajnione. Więc porozmawiajmy o tym.
Dlaczego własny rząd by to zrobił?
Na początek jedno ustalone: to nie był żaden podły plan, żeby szkodzić Amerykanom. (To ważne, zanim zaczniemy ostrzyć widły.)
Po pierwszej wojnie światowej, kiedy Niemcy użyły gazu chlorowego przeciwko żołnierzom podczas drugiej bitwy pod Ypres — zabijając tysiące ludzi w jednym z najbardziej przerażających momentów nowoczesnej wojny — kraje na całym świecie zaczęły się bardzo martwić bronią chemiczną i biologiczną. A potem, oczywiście, przyszło Pearl Harbor w 1941 roku i nagle poczucie niezwyciężoności Ameryki runęło. Nie byliśmy tak bezpieczni, jak nam się wydawało.
Więc w 1942 roku prezydent Roosevelt dał zielone światło na amerykański program broni biologicznej. Misja? Dowiedzieć się, jak bardzo podatne na atak byłyby amerykańskie miasta, gdyby jakiś inny kraj postanowił użyć przeciwko nim zarazków.
Logika była mniej więcej taka: „Musimy wiedzieć, jak te rzeczy się rozprzestrzeniają, żeby móc chronić ludzi." W teorii to ma sens. Ale wykonanie? Tutaj robi się etycznie bardzo mętnie.
Bakterie, Które Wybrali
Wojsko wybrało dwie konkretne bakterie do eksperymentu: Serratia marcescens i Bacillus globigii. I teraz — oto co sprawia, że cała ta historia jest dla mnie tak szalona.
Obie te bakterie uważano wtedy za całkowicie niegroźne dla ludzi. Właściwie to i dziś są ogólnie uznawane za niskie ryzyko. Bacillus globigii to trochę jak kuzyn wąglika — nie niebezpieczny, ale łatwy do śledzenia. Serratia marcescens występuje naturalnie w glebie i wodzie. To taka „ oportunistka" — po prostu sobie żyje, czasem wywołując drobne infekcje u ludzi, którzy już i tak są poważnie chorzy.
Harvardzki biolog molekularny Matthew Meselson powiedział to świetnie w rozmowie z KQED: „Potrzebowali czegoś, co przede wszystkim uważano za niegroźne... bo na pewno nie chcieli pozabijać wszystkich w San Francisco czy Oakland. I [potrzebowali czegoś], co można łatwo wykryć prostymi metodami."
Czyli chcieli czegoś w rodzaju biologicznego odcisku palca — czegoś, co łatwo śledzić, nikomu nie szkodząc.
Spoiler: ten plan trochę się nie udał.
Kiedy Poszło Nie Tak
I tutaj historia robi się tragiczna.
Bakterie zostały wypuszczone z okrętu marynarki wojennej w zatoce, a wojsko uważnie monitorowało, jak chmura rozprasza się przez miasto. Sprawdzali wzorce wiatru, wpływ budynków, całą tę naukową otoczkę. I pod większością względów test był udany — dostali dane, których chcieli.
Ale była jedna rzecz, której nikt nie wziął pod uwagę: Serratia marcescens zazwyczaj nie jest aerosolizowana i wdychana w masowych ilościach.
Jedna z tych chmur bakterii przypłynęła prosto nad Szpital Uniwersytecki Stanford na ulicy Clay. W ciągu następnych dni eleven pacjentów tam zachorowało na tajemnicze infekcje Serratia. Lekarze byli zdezorientowani. Ostatecznie opublikowali rok później naukowy artykuł, próbując zrozumieć, co się stało.
Jednym z tych pacjentów był 75-letni mężczyzna o imieniu Edward Nevin, który dochodził do siebie po operacji prostaty. Bakterie dotarły do jego serca i zmarł.
Tak. Jedna osoba straciła życie podczas eksperymentu, który rzekomo miał być całkowicie bezpieczny.
Zasłona Milczenia Przez Dekady
A tutaj jest to, co naprawdę mnie w tej historii porusza. Przez lata nikt nie połączył tych infekcji szpitalnych z rządowym testem. Edward Nevin umarł bez wiedzy dlaczego — albo przynajmniej nikt nie przyznawał się do tego, co się stało.
Dopiero w latach siedemdziesiątych, kiedy prezydent Nixon zakończył amerykański program broni biologicznej w 1969 roku i masa dokumentów została wreszcie odtajniona, prawda zaczęła wychodzić na jaw. Okazało się, że armia amerykańska przeprowadziła 239 testów broni biologicznej na otwartym powietrzu w całym kraju. Nie tylko w San Francisco, ale też w metrze Nowego Jorku, na autostradzie Pensylwanii, na lotniskach narodowych w Waszyngtonie — gdziekolwiek.
Wszystkie z „niegroźnymi" bakteriami. Wszystkie bez powiadomienia kogokolwiek.
Wyprawa Jednego Wnuka za Prawdą
A tutaj dochodzimy do części, która naprawdę mną wstrząsa.
Edward Nevin III to wnuk mężczyzny, który zmarł. Kiedy przeczytał odtajnione raporty i zdał sobie sprawę, co się stało — że jego dziadek był essentially ofiarą tajnego eksperymentu własnego rządu — postanowił pozwać władze.
Wiedział, że prawdopodobnie przegra. Nie da się wygrać procesu z rządem USA za coś, co wydarzyło się dziesięciolecia temu, zwłaszcza gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo narodowe. Ale i tak to zrobił.
A jego powód? Bezcenny, szczerze mówiąc. Powiedział: „Ale musieliśmy opowiedzieć tę historię. Poddanie obywatela takiemu ryzyku jest okropne."
Po prostu mnie to chwyta. Czasem robienie właściwej rzeczy nie polega na wygrywaniu. Chodzi o to, żeby historia nie zapomniała.
Co To Wszystko Oznacza?
Słuchajcie, nie jestem tu po to, żeby wam mówić, że rząd jest zły albo że to była celowa masakra. Naukowcy zaangażowani szczerze wierzyli, że chronią Amerykanów przed zewnętrznymi zagrożeniami. W kontekście zimnej wojny, z bronią jądrową w tle i realnymi obawami przed bronią biologiczną ze strony Związku Radzieckiego, rozumiem logikę.
Ale jest jedno ale: robiono to potajemnie. Bez zgody. Bez powiadomienia ludzi mieszkających w tych miastach, że zostali użyci jako króliki doświadczalne.
Jest powód, dla którego mamy teraz komisje etyczne. Jest powód, dla którego świadoma zgoda ma znaczenie. Bo „myśleliśmy, że to niegroźne" to tak naprawdę nie jest żadna wymówka, gdy ktoś umiera.
San Francisco ma swoją słynną mgłę — tę prawdziwą mgłę, naturalną, która napływa znad Pacyfiku i owija się wokół wzgórz jak koc. Ale przez jeden tydzień w 1950 roku nad miastem wisiała inna chmura. Taka z rządową pieczęcią i klauzulą tajności.
I przez długi czas nikt nawet nie wiedział, że tam była.
Co o tym myślicie? To historia o koniecznych środkach ostrożności w niebezpiecznych czasach, czy niepokojące naruszenie zaufania publicznego? Chętnie usłyszę wasze zdanie. Piszcie w komentarzach.