Najdłuższa podróż samochodowa świata właśnie zyskała parę dodatkowych kilometrów
Wyobraź sobie taką sytuację: próbujesz utrzymać przy życiu samochód, który ma prawie 50 lat. Ale jest jeden szczegół — ten pojazd nie stoi w żadnym warsztacie. Mknie przez przestrzeń międzygwiezdną, ponad 19 miliardów kilometrów od Ziemi. I jeszcze jedno — możesz się z nim kontaktować tylko za pomocą sygnałów radiowych, które w jedną stronę lecą jakieś 18 godzin.
Tak wygląda codzienność z Voyagerem 2. A inżynierowie z NASA właśnie dali mu jeszcze trochę czasu.
Agencja przeprowadziła operację nazwaną "Wielkim Wybuchem" — i nie, nie chodzi o początek wszechświata. Choć przyznać trzeba, że dla ludzi, którzy od dekad dbają o te sondy, to chyba najbliższe, co mogą sobie wyobrazić.
Problem z prądem
Tu sprawa jest prosta: Voyagera 2 nie da się podłączyć do ładowarki. Panele słoneczne też odpadają — tam daleko słońce świeci już naprawdę słabo. Sonda działa dzięki czemuś w rodzaju nuklearnej baterii — konkretnie generatorowi termoelektrycznemu, który zamienia ciepło z rozpadu plutonu na prąd.
Nieźle, prawda? No ale jest jedno "ale": pluton się rozpada. I po blisko pół wieku w głębokiej przestrzeni Voyager 2 traci około 4 watów dostępnej mocy każdego roku. To niby niewiele, ale gdy pracujesz na granicy możliwości, te 4 waty robią ogromną różnicę.
Ta sonda wciąż ma przed sobą robotę naukową. Mierzy cząstki naładowane, bada pola magnetyczne — takie tam przydatne rzeczy, które pomagają nam zrozumieć nasz kąt galaktyki. Tylko każdego roku zespół musi podejmować coraz trudniejsze decyzje, co jeszcze zostawić włączone.
Sprytne rozwiązanie
Zespół z JPL (Laboratorium Napędu Odrzutowego) zrobił coś naprawdę pomysłowego: jednocześnie wyłączył niektóre systemy pochłaniające dużo energii i zastąpił je bardziej oszczędnymi odpowiednikami — i to wszystko bez dopuszczenia do spadku temperatury poniżej progu, przy którym elektronika Voyagera zaczęłaby się po prostu zamarzać i umierać.
Pomyśl o tym przez chwilę. Z odległości 19 miliardów kilometrów prowadzą kosmiczną grę w stylu "jeśli wyłączę to, muszę upewnić się, że tamto działa", pilnując przy tym, żeby nic nie zamarzło ani się nie przegrzało. Precyzja i pomysłowość potrzebna do tego robi wrażenie.
Rezultat? Trzy działające jeszcze instrumenty naukowe Voyagera 2 będą pracować przez co najmniej kolejny rok. Bez tej operacji któryś z nich musiałby zostać wyłączony jeszcze przed 2027 rokiem.
Dlaczego mnie to porusza
Tu jest coś, co naprawdę przykuwa moją uwagę w tej historii. Voyager 2 wystartował w 1977 roku. Przeleciał obok Jowisza, Saturna, Urana i Neptuna — jako jedyny pojazd z ludzkiej ręki odwiedził wszystkie cztery planety zewnętrzne. A potem po prostu... poleciał dalej. Wszedł w przestrzeń międzygwiezdną w 2018 roku, stając się jednym z zaledwie pięciu ludzkich obiektów, które tego dokonały.
I teraz, dekady po ostatnim spotkaniu z planetą, inżynierowie wciąż znajdują sposoby, żeby ta stara sonda robiła prawdziwą naukę. Taką naukę, która pomaga nam zrozumieć granicę między naszym układem słonecznym a resztą galaktyki.
Voyager 1 dostanie to samo leczenie — prace nad nim powinny zakończyć się w ciągu najbliższych miesięcy.
Podsumowując
Te sondy zostały zaprojektowane na pięć lat działania. My wyciskamy z nich prawie 50 lat i wciąż dostarczają wartościowe dane. To mówi coś pięknego o ludzkiej inżynierii — i o tych upartych, genialnych ludziach, którzy nie chcą poddać się i porzucić tych małych robotów, które dają radę.
Każdy dodatkowy miesiąc danych z misji Voyager to prezent. Nie eksplorujemy już tylko układu słonecznego. Eksplorujemy to, co leży poza nim. I dzięki naprawdę sprytnej inżynierii będziemy słuchać odrobinę dłużej.