Okulary RayNeo Air 4 Pro – recenzja po polsku
Wyobraź sobie taką sytuację
Siedzisz w ciasnym fotelu ekonomicznej klasy, sześciogodzinny lot przed tobą. Próbujesz obejrzeć film na telefonie, ale facet obok non stop zagląda ci przez ramię. Standardowy koszmar podróżnika.
A co gdybyś miał własne prywatne IMAX? Ekrany o przekątnej 200 cali, które widzisz tylko ty – nikt inny nawet nie wie, że coś oglądasz.
Brzmi jak scenariusz z filmu sci-fi? Poznaj RayNeo Air 4 Pro.
Czym właściwie są te okulary?
To kolejna odsłona w świecie XR, czyli – mówiąc po ludzku – rozszerzonej rzeczywistości. Zakładasz je jak zwykłe okulary przeciwsłoneczne, a przed twoimi oczami pojawia się ogromny wirtualny ekran zawieszony w powietrzu. Reszta świata robi się nieco rozmyta, ale tymasz kinowe doświadczenie na wyciągnięcie ręki.
RayNeo Air 4 Pro wprowadza kilka ciekawych rozwiązań. Przede wszystkim – jako pierwsze okulary XR wspierają HDR10. Brzmi technicznie, ale chodzi o prostą rzecz: ekran potrafi wyświetlić więcej kolorów i lepiej radzi sobie z kontrastem. Jasne eksplozje i ciemne cienie w jednej scenie? Teraz oba wyglądają świetnie.
Reszta specyfikacji też nie zawodzi: rozdzielczość 1080p na oko, odświeżanie 120 Hz (idealne do gier i płynnego scrollowania) oraz technologia Micro-OLED. Ta ostatnia zapewnia głęboką czerń i naprawdę soczyste kolory.
Pierwsze wrażenia – robią wrażenie
Kiedy założyłem te okulary pierwszy raz i odpaliłem YouTube'a, dosłownie powiedziałem „wow" na głos. Nie przesadzam. To naprawdę czuje się jak prywatne kino. Kolory są żywe, tekst ostry, a OLED-owa magia sprawia, że obraz wygląda jak żywy.
Firma podaje, że wirtualny ekran odpowiada 201-calowemu monitorowi oglądanemu z odległości około sześciu metrów. Według mnie to całkowicie się zgadza – komfortowe, wciągające, zdecydowanie lepsze niż męczenie się z małym ekranem telefonu.
Do pracy znajdziesz aplikację na Windows, która pozwala tworzyć kilka wirtualnych monitorów wokół ciebie. Przydatne, jeśli potrzebujesz dużo miejsca na ekranie, a nie możesz wszędzie taszczyć fizycznego monitora.
Możesz też przyciemnić szkła, żeby odciąć świat z zewnątrz. Obraz wtedy wygląda jeszcze lepiej, bo nie musi konkurować z naturalnym oświetleniem.
Gdzie diabeł tkwi w szczegółach
Zacznę od plusów. Podłączenie jest banalne – jeden przewód USB-C, plug and play, zero komplikacji. To mi się naprawdę podobało.
Ale teraz to, co boli.
Bateria znika w tempie alarmującym. Podczas godziny streamingu mój telefon stracił około 20% energii tylko po to, żeby zasilać te okulary. Planujesz długi lot? Lepiej spakuj powerbank albo podłącz się do gniazdka.
Drugi problem to wygoda. Oprawki są szerokie, zauszniki masywne, a całość solidnie ciąży na nosie. Po jakimś czasie ten ciężar daje się we znaki. Na jeden film – spokojnie. Ale przez wiele godzin bez przerwy? Nie wyobrażam sobie.
Głośniki – dostrojone przez Bang & Olufsen – brzmią całkiem nieźle jak na otwarte audio. W zestawie znajdziesz małe tuby dźwiękowe, które kierunkują dźwięk bardziej do twoich uszu. Mniej wycieka na zewnątrz, lepsza jakość. Miły detal.
Werdykt – komu to potrzebne?
Jeśli dużo podróżujesz, dojeżdżasz komunikacją miejską albo po prostu chcesz immersyjnie oglądać treści w podróży – te okulary naprawdę dają radę. Jakość obrazu robi wrażenie, a cała koncepcja czuje się jak fragment przyszłości, gdzie wszędzie towarzyszą nam ogromne wirtualne ekrany.
Jednak to zużycie baterii i dosyć toporny kształt oznaczają, że na razie nie wyprą twoich zwykłych urządzeń. To raczej „miło mieć w określonych sytuacjach" niż „używam codziennie".
Za 549 dolarów dostajesz przedsmak naprawdę futurystycznej technologii. Obserwuję ten rynek od lat i widzę, że zbliżamy się do momentu, gdy prywatne, przenośne ekrany staną się normą. Tylko pamiętaj o ładowarce – zwłaszcza jeśli lecisz samolotem.