Ocalały w kosmosie
Oto ciekawostka: NASA posiada teleskop kosmiczny starszy niż iPhone. Obserwatorium Swifta im. Neila Gehrelsa krąży wokół Ziemi od 2004 roku, cicho obserwując wszechświat w poszukiwaniu rozbłysków gamma, czarnych dziur i wszelkiego rodzaju kosmicznych fajerwerków. I szczerze mówiąc? To prawdziwy mistrz.
Po krótkiej przerwie Swift znów jest w akcji. 26 sierpnia inżynierowie ponownie uruchomili dwa z trzech jego instrumentów naukowych – Teleskop Ultrafioletowo-Optyczny oraz Teleskop Rentgenowski. Wkrótce dołączy do nich również Teleskop Alarmowy Wykrywający Rozbłyski. Oznacza to, że Swift znów skanuje niebiosa, gotów do natychmiastowego reagowania na nagłe zjawiska kosmiczne i informowania naukowców na Ziemi.
Ale jest pewien haczyk – i tu historia nabiera gorzko-słodkiego charakteru – triumfalny powrót Swifta ma datę ważności.
Problem oporu atmosferycznego
Aby zrozumieć, co się dzieje, wyobraźcie sobie następującą scenę. Rzucacie piłkę prosto w górę. Wznosi się wysoko, ale w końcu grawitacja ściąga ją z powrotem na dół, prawda? Teraz wyobraźcie sobie, że ta piłka znajduje się setki mil nad Ziemią, ale atmosfera naszej planety – choć na tej wysokości jest niezwykle rzadka – nadal napiera na nią jak delikatna, ale uparta dłoń. Ta dłoń powoli, powoli spowalnia piłkę.
To właśnie opór atmosferyczny, a on jest wrogiem Swifta.
Swift krąży wokół Ziemi na tak zwanej niskiej orbicie okołoziemskiej. Nawet na wysokości ponad 300 mil istnieją ślady naszej atmosfery. Te delikatne warstwy tworzą opór, stopniowo powodując utratę wysokości przez teleskop w miarę upływu czasu. Problem? Swift nie posiada własnego silnika, który mógłby go podnieść wyżej. W zasadzie leci na swobodnym opadaniu, a to opadanie staje się coraz wolniejsze.
Ostatnio sytuacja się pogorszyła. Nasze Słońce jest ostatnio szczególnie aktywne (witamy, maksimum słoneczne!), a ta dodatkowa energia rozgrzewa górną atmosferę Ziemi. Gdy atmosfera się nagrzewa, rozszerza się – podobnie jak ciasto rosnące w piekarniku. Oznacza to, że opór sięga dalej w przestrzeń kosmiczną, a statki kosmiczne takie jak Swift odczuwają to napieranie silniej.
Misja ratunkowa, która nie poszła zgodnie z planem
Tu robi się ciekawie. NASA faktycznie próbowała uratować Swifta. We wrześniu 2025 roku zleciła firmie Katalyst Space zaprojektowanie śmiałej misji ratunkowej. Plan? Wysłać do Swifta inny statek kosmiczny o nazwie LINK, chwycić go i wynieść na wyższą orbitę. Pomyślcie o tym jak o kosmicznej lawecie.
Harmonogram był ambitny – rok na zaprojektowanie, zbudowanie, przetestowanie i wystrzelenie. LINK poleciał na pokładzie rakiety w lipcu, gotowy zostać bohaterem tej historii.
Ale kosmos to trudna sprawa, ludzie. Coś poszło nie tak. LINK miał problemy z kontrolą orientacji – w zasadzie nie potrafił się prawidłowo ustawić ani manewrować tak, jak było to konieczne. 19 sierpnia NASA i Katalyst ogłosiły, że LINK nie podejmie próby faktycznego przechwycenia i podniesienia orbity. Misja ratunkowa została odwołana.
To jednak nie jest całkowita porażka. LINK nadal zbliży się do Swifta i przećwiczy manewry rendez-vous. Te manewry mogą okazać się cenne dla przyszłej technologii serwisowania satelitów – w końcu będziemy mogli wysyłać statki kosmiczne do tankowania lub naprawy satelitów bez konieczności wystrzeliwania nowych zamienników. Z tej sytuacji wciąż wynika więc pew