Lotniskowiec z lodu? Dlaczego nie! Najdziwniejszy pomysł II wojny światowej
Pytanie na rozgrzewkę: co jest najbardziej niepraktyczną rzeczą, jaką można było zbudować w czasie wojny światowej?
Wyrzutnia wielka jak dom? Cegła z gumy? A może... lotniskowiec z lodu?
Brzmi absurdalnie? No pewnie, że brzmi. Ale posłuchaj, bo to jedna z tych historii z II wojny światowej, o której nikt nie mówi, a która zasługuje na o wiele więcej uwagi.
Problem, który wszystko zaczął
Wyobraź sobie taką sytuację: wojna, niemieckie łodzie podwodne terroryzują Atlantyk. Toną statki z zaopatrzeniem jeden za drugim, a alianci rwą włosy z głowy, bo nie mogą chronić swoich szlaków morskich.
Samoloty? No jasne, samoloty świetnie sobie radziły z U-bootami. Mogły je wykryć, zaatakować, zmusić do nurkowania. Problem tylko jeden: ** Atlantycka Próżnia Powietrzna**. Żadne samoloty bazujące na lądzie nie doleciały do niektórych rejonów oceanu. Kropka.
Armia potrzebowała mobilnego pasu startowego. Czegoś, co wpłynie w sam środek niebezpieczeństwa i pozwoli maszynom tankować, uzupełniać uzbrojenie i startować na nowo. Potrzebowali lotniskowca.
Ale budowa takiego kolosa w czasie wojny? To lata pracy i morze pieniędzy. Potrzebowali czegoś szybszego. Czegoś tańszego.
I właśnie wtedym pojawił się Geoffrey Pyke.
Człowiek, który wymyślił "A co gdyby zamrożone trociny?"
Pyke był, delikatnie mówiąc, ekscentrycznym wynalazcą pracującym w brytyjskim Biurze Wojny. I gdzieś w tej jego niesamowitej, niestandardowo myślącej głowie zrodził się szalony pomysł: a gdyby tak zbudować lotniskowiec z lodu?
Widzę go teraz, jak siedzi nad notesem, myśli o lodowcach i mówi sobie: "A czemu nie?"
Problem tylko taki, że zwykły lód ma oczywiste wady. Pęka, odkształca się, a jak widziałeś kiedyś górę lodową obracającą się w wodzie, to wiesz, że to nie jest stabilna platforma. Pyke potrzebował czegoś mocniejszego.
Na szczęście trafiło mu się idealne rozwiązanie. Otóż pewien naukowiec imieniem Max Perutz już wcześniej eksperymentował z materiałem zrobionym z wody i trocin. Był pływający, można go było formować i - co najważniejsze - zaskakująco wytrzymały.
Pyke chwycił ten pomysł i zaczął go rozwijać. Majstrował przy proporcjach, dodał miazgę drzewną i w końcu stworzył coś niesamowitego: materiał twardy jak beton, gdy jest zamrożony. Wytrzymywał postrzały, nie pękał, można go było kształtować w dowolną formę.
Nazwali to Pykrete.
Pokaz z pistoletu, który zmienił wszystko
Teraz trzeba było sprzedać ten pomysł najważniejszym ludziom w państwie. A mam na myśli naprawdę najważniejszych - Winstona Churchilla, Franklina Roosevelta i całą generalską śmietankę.
Jak przekonać grupę światowych przywódców, że budowa lotniskowca z zamrożonych trocin to dobry pomysł?
Jeśli jesteś Geoffreyem Pyke, robisz najbardziej dramatyczną rzecz pod słońcem: wyciągasz pistolety i zaczynasz strzelać.
Najpierw trafił zwykły blok lodu. Rozleciał się w kawałki, jak można się spodziewać.
Potem strzelił do bloku Pykrete.
Kula... odbiła się.
I to tak spektakularnie, że rzekomo otarła się o spodnie jakiegoś admirała, zanim wbiła się w ścianę.
No co, normalna prezentacja w biurze.
I wiecie co? Zadziałało. Pokaz był tak przekonujący, że wojskowi zatwierdzili projekt od razu. Nadali mu kryptonim prosto ze Starego Testamentu: Projekt Habakuk.
Co mogłoby być najdziwniejszym statkiem w historii
Pozwólcie, że nakreślę wam obraz tego, co ci ludzie chcieli zbudować, bo to jest naprawdę coś niesamowitego.
Pokład miał mieć 600 metrów długości - dłużej niż większość kiedykolwiek zbudowanych lotniskowców, łącznie z tymi współczesnymi. Szerokość 75 metrów, grubość lodu co najmniej 12 metrów. Czterdzieści dział. Podwójne hangary. Miejsce dla nawet 150 bombowców i myśliwców.
To miała być pływająca twierdza. Praktycznie niezatapialna - torpedy albo by się odbijały, albo zostawiały dziurę, którą można zamrozić. Fale Atlantyku? Żaden problem. Sama masa konstrukcji zapewniałaby niesamowitą stabilność.
Projekt zakładał rozbudowany system chłodzenia utrzymujący całość w temperaturze dokładnie -16°C. Stalowe rury przebiegające przez całą strukturę, pompujące solankę przez zamrożoną masę.
Nie wiem jak wy, ale ja jestem już prawie przekonany, że brzmi to jak coś z powieści Juliusza Verne.
Zimna prawda (bo oczywiście musiała nadejść)
I tutaj robi się ciekawie - a przynajmniej "ciekawie" w znaczeniu "komicznie niepraktycznie".
Kiedy zaczęli budować prototyp w Kanadzie jesienią 1943 roku, prawda szybko wyszła na jaw: to nigdy nie miało szansy na realizację w zakładanym czasie.
Problem numer jeden: harmonogram. Szacowali, że pełnowymiarowy lotniskowiec nie będzie gotowy przed 1944 rokiem, co oznaczało, że do tego czasu sytuacja strategiczna mogła się całkowicie zmienić.
Problem numer dwa: zasoby. Budowa czegoś takiego wymagałaby 8 tysięcy robotników, 300 tysięcy ton miazgi drzewnej (co sparaliżowałoby kanadyjską produkcję papieru na lata), 10 tysięcy ton stali i olbrzymiego systemu chłodzenia kosztującego fortunę.
Aha, i tutaj pojawia się ta ironia, która mnie najbardziej rozśmiesza: pamiętacie, jak jedną z głównych zalet miało być to, że projekt nie będzie potrzebował stali? Cóż, okazało się, że to kompletna bzdura. Same rury chłodzące wymagały ogromnych ilości stali, a podczas wojny każdy kawałek tego metalu był desperacko potrzebny do czołgów, statków i prawdziwego sprzętu wojskowego.
Problem numer trzy: wojna się zmieniła. Portugalia w końcu pozwoliła aliantom korzystać z lotnisk na Azorach, co pomogło zamknąć Atlantycką Próżnię Powietrzną. No i alianci zaczęli budować więcej niewielkich eskortowych lotniskowców do ochrony konwojów.
Nagle pilna potrzeba wielkiego lodowo-trociniowego lotniskowca przestała być... taka pilna.
Koniec lodowego marzenia
Lord Louis Mountbatten, który pierwotnie patronował projektowi, wycofał swoje wsparcie. Projekt Habakuk został oficjalnie porzucony.
Ale wiecie, co w tej całej historii jest najbardziej urocze? Prototyp wciąż tam jest.
Głęboko w jeziorze Patricia w Albercie, drewniana rama i stalowy szkielet oryginalnej konstrukcji testowej wciąż spoczywają na dnie. Nurkowie mogą to nawet zobaczyć. Leży tam zamarznięty od ponad 80 lat, dziwaczny pomnik jednego z najśmielszych projektów inżynieryjnych w historii wojskowości.
Co ta historia tak naprawdę nam mówi?
Myślałem o Projekcie Habakuk dużo i szczerze mówiąc, uważam, że jest w tym coś pięknego - mimo że całkowicie niepraktycznego.
To była wojna, w której rozpaczliwe okoliczności zmuszały ludzi do rozważania najbardziej kreatywnych, niekonwencjonalnych rozwiązań. Pyke i Perutz nie byli szaleni; reagowali na niemożliwą sytuację niemożliwymi pomysłami. Większość z tych pomysłów spaliła na panewce, ale to jest właśnie sedno sprawy. Postęp często przychodzi z próbowania rzeczy, które wydają się absurdalne, i większość tych prób po prostu nie wychodzi.
Jest też coś czarującego w fakcie, że pokaz z pistoletem i rykoszetującą kulą wystarczył, żeby przekonać światowych przywódców do zatwierdzenia lotniskowca z zamrożonej miazgi drzewnej. Co to był za czas.
Projekt Habakuk nigdy nie zwoduje, ale myślę, że zasługuje na miejsce w alei sław kreatywnego myślenia wojennego. Tylko nie mówcie nikomu, że kiedyś poważnie rozważaliśmy zbudowanie olbrzymiego lotniskowca z lodu.