Ta noc, gdy St. Louis zniknęło
Wyobraź sobie, że mieszkasz w St. Louis w 1896 roku. Robisz swoje, jest późny maj, wiosna wreszcie daje o sobie znać. A potem niebo robi się zielone — i wszystko się wali.
To, co wydarzyło się potem, weszło do annałów jako jedna z najbardziej niszczycielskich katastrof naturalnych w historii Ameryki.
Wielki Cyklon z 1896 roku — i szczerze mówiąc, sama nazwa przyprawia o dreszcze — przeszedł przez St. Louis i East St. Louis tego wieczoru. Mowa o trąbie powietrznej klasy F4 (w starej skali Fujity, gdzie maximum to F5) o szerokości pół mili, która wyryła dziesięciomilowy szlak zniszczeń przez to, co było wtedy piątym pod względem wielkości miastem Ameryki.
311 budynków zmiecionych z powierzchni ziemi. 7200 uszkodzonych. 255 ofiar śmiertelnych.
Gazeta St. Louis Post-Dispatch donosiła, że „dzwony biły w całym mieście za zmarłych".
Nie wiem jak ty, ale mnie ta informacja przyprawia o ciarki.
Dwa tygodnie koszmaru
A teraz co naprawdę zwala z nóg: ta tragedia w St. Louis wcale nie była jedynym wielkim tornadem tamtego tygodnia. Po prostu była najgorsza.
Od 15 do 28 maja 1896 roku jakieś 40 tornad przeszło przez Środkowy Zachód i wschodnie stany USA. Dwanaście stanów oberwało. Co najmniej trzy z tych trąb osiągnęłyby rating F5 — najwyższą klasę, z wiatrami dochodzącymi do 480 kilometrów na godzinę.
Naukowcy nazywają to „sekwencją wybuchów tornadowych" — czyli gdy jeden układ burzowy za drugim generuje tornada w szybkim tempie. W dzisiejszych kategoriach — jakby system pogodowy włączył sobie tryb „łatwego niszczenia".
Prawie 500 osób zginęło łącznie w ciągu tych dwóch tygodni. Miliony strat (w dolarach z 1896 roku — suma porażająca). To nie był po prostu zły tydzień. To była jedna z najbardziej gwałtownych sekwencji tornadowych w historii USA.
No więc... jak w ogóle powstają tornada?
Krótka lekcja fizyki, obiecuję że interesująca.
Tornada powstają, gdy zimne, suche powietrze znad Kanady lub Arktyki zderza się z ciepłym, wilgotnym powietrzem znad Zatoki Meksykańskiej. Ta różnica temperatur sprawia, że ciepłe powietrze pędzi do góry, a zimne opada — tworząc wirowe prądy. Kiedy ta wirująca kolumna jest wystarczająco silna i dotknie ziemi — bum, mamy tornadę.
USA to praktycznie stolica tornad na świecie, bo geografia sprawia, że to zderzenie zachodzi non stop. Kraj dostaje ponad 1000 tornad rocznie. Więcej niż jakikolwiek inny kraj na Ziemi.
Obszar zwany „Aleeną Tornad" na Wielkich Równinach — zwłaszcza Oklahoma — widuje ich najwięcej, ale trąby powietrzne mogą się pojawić od Kanady po Florydę.
Ta niepokojąca część
Tu historia nabiera dzisiejszego znaczenia.
Od 2000 roku naukowcy zauważyli, że liczba „wybuchów tornadowych" — tych skoncentrowanych okresów wielu trąb z jednego układu burzowego — podwoiła się. Tak wynika z danych NOAA.
I tu jest haczyk: ogólna liczba dni z tornadami tak naprawdę spadła. Mamy mniej dni, w których tornada w ogóle się pojawiają. Ale kiedy już się pojawiają, to grupują się w większe, bardziej intensywne wybuchy.
A tutaj klimat zmienia się w tego złego w tej historii: wraz z ociepleniem planety, różnica temperatur między północną a południową masą powietrza prawdopodobnie стане się jeszcze bardziej dramatyczna w niektórych sezonach. Warunki, które stworzyły ten koszmar w 1896, mogą występować częściej.
Ostatnim porównywalnym wydarzeniem był 2019 rok, kiedy 374 tornada przeszły przez kraj w zaledwie 13 dni. Podobna skala, podobna intensywność.
Czy to może się powtórzyć?
Szczerze? Prawdopodobnie tak.
Składniki, które stworzyły ten wyniszczający maj w 1896, ни gdzie nie zniknęły. Jeśli cokolwiek, nasz ocieplający się klimat może je czynić częstszymi. Nauczyliśmy się lepiej ostrzegać ludzi — współczesny radar i systemy alertów zdecydowanie uratowałyby życia, które stracono w 1896. Ale surowa siła tych burz ни gdzie nie idzie.
To jeden z tych przypomnień, że natura tak naprawdę не dba o nasze miasta, naszą infrastrukturę, nasze poczucie bezpieczeństwa. Czasem atmosfera po prostu postanawia przypomnieć nam, kto tu rządzi.
Wielki Cyklon z 1896 był tak dramatyczny, że dwa tygodnie później trafił na okładkę Harper's Weekly. Niemieckojęzyczna gazeta nazwała go wtedy „Der Große Tornado" — Wielkie Tornado.
Może najbardziej prześladująca myśl to ta: gdyby coś podobnego wydarzyło się dziś, mielibyśmy smartfony, żeby to dokumentować. Social media eksplodowałyby materiałami. A jednak, jakoś czuję, że groza byłaby dokładnie taka sama jak dla tych mieszkańców St. Louis, którzy słuchali dzwonów bijących za zmarłych.