Królowa, która zachowała zimną krew (dosłownie)
Wyobraź sobie taką scenę: rok 1959, Paryż, piwnica Bazyliki Saint-Denis. Francuski archeolog Michel Fleury ostrożnie otwiera starożytny sarkofag. Ale to nie zwykły grób — to miejsce wiecznego spoczynku królowej Arnegundy, merowińskiej władczyni z szóstego wieku.
Co znalazł Fleury? Głównie kości. Po 1400 latach miękkie tkanki zazwyczaj nie mają szans. Ale tu robi się ciekawie: wśród szczątków szkieletowych spoczywał jeden z jej płuc. Wciąż na miejscu. Wciąż zmumifikowany.
Ja tam uważam, że to absolutnie szalone. Nie mówimy o egipskim faraonie starannie owiniętym tuzinami funtów soli natron. To frankijska królowa, której pogrzeb był znacznie mniej... intensywny. A jednak jedno płuco powiedziało: nie, ja zostaję.
Kim właściwie była ta kobieta?
Arnegunda nie była byle kim. Była jedną z sześciu żon króla Chlotara I — tak, sześciu, bo merowińska rodzina królewska nie narzekała na brak ofert — i matką króla Chiperyka I z Neustracji. Żyła mniej więcej w latach 515–580 n.e., co jak na tamte czasy było całkiem imponujące. Średnia długość życia? Zdecydowanie nie 65 lat.
Kiedy archeolodzy zbadali zachowane szczątki, znaleźli ślady jej wspaniałej garderoby: jedwabną tunikę w czerwono-brązowym kolorze zapiętą złotym sznurem, fioletową jedwabną bluzkę i delikatną zasłonę ozdobioną złotymi i granatowymi szpilami klozonne. Została pochowana ze złotą i srebrną biżuterią, w tym z pierścieniem z dosłownie wygrawerowanym jej imieniem — Arnegundis. Uwielbiam fakt, że nawet po śmierci chciała mieć pewność, że nikt jej nie pomyli z nikim innym.
A do tego nosiła skórzane buty z klamrą i motywami zwierzęcymi. Motywy zwierzęce, ludzie. Klasa rządząca zawsze miała ciekawy gust.
Dlaczego przetrwało tylko płuco?
Przez dekady nikt nie potrafił wyjaśnić, czemu ten pojedynczy narząd się ostał, podczas gdy wszystko inne dawno się rozłożyło. Może przez chłodne, suche środowisko bazyliki? Jakiś przypadek chemiczny? Odrobina starożytnej magii mumifikacyjnej?
W 2016 roku bioantropolożka Raffaella Bianucci z Uniwersytetu Turyńskiego postanowiła przyjrzeć się sprawie znacznie bliżej. I to, co znalazła, jest naprawdę fascynujące.
Używając całkiem zaawansowanych technik mikroskopowych, Bianucci odkryła dowody na to, że królowa Arnegunda została sztucznie zmumifikowana — choć nie w tradycyjnym egipskim stylu. Kiedy Rzym podbił Egipat, sztuka balsamowania się rozpowszechniła. Ale Frankowie nie skopiowali po prostu egipskich metod. Jakoś je przerobili.
Zamiast usuwać narządy wewnętrzne — klasyczny ruch w egipskiej mumifikacji — frankijscy balsamiści poszli inną drogą. Nasycili ciało mieszanką żywic, ziół i materiałów roślinnych — podawaną przez usta. Pomyśl o tym jak o wewnętrznym koktajlu konserwującym dla ciała.
Ale najciekawsze jest dopiero teraz: badacze stwierdzili, że w procesie pomógł również metalowy pas królowej. Metal z jej ozdobnego pasa reagował chemicznie z substancjami balsamującymi, co mogło pomóc w zachowaniu tego płuca. W zachowanej tkance znaleziono wysokie stężenia jonów miedzi i tlenku miedzi.
Natura i okoliczności współpracujące ze sobą przez 14 stuleci. To całkiem piękne, nie sądzisz?
A dlaczego akurat płuca?
Możesz się zastanawiać: spośród wszystkich narządów, dlaczego płuca? Co je takiego wyróżnia?
Okazuje się, że płuca mają pewną biologiczną przewagę. W porównaniu z innymi miękkimi tkankami, płuca mają mniej komórek nabłonkowych — tych, które zawierają lizosomy, przyspieszające rozkład tkanek po śmierci. Mniej lizosomów oznacza wolniejszy rozkład. Kto by pomyślał, że organy oddechowe mają taką ukrytą zdolność?
Tak więc dzięki sztucznemu balsamowaniu, chemii miedzianego pasa, chłodnemu środowisku bazyliki i naturalnej odporności płuc na rozkład, układ oddechowy królowej Arnegundy miał szczęście w sposób, w jaki inne jej narządy go nie miały.
Co to mówi nam o starożytnych pochówkach królewskich
Oto co mnie naprawdę fascynuje w tym odkryciu: pokazuje nam, że frankijska arystokracja traktowała śmierć bardzo poważnie. Mumifikacja nie była zarezerwowana dla Egipcjan — była też symbolem statusu dla elity frankijskiej, zaadaptowaną z technik rzymskich po upadku ich imperium.
To nie było tylko o utrzymaniu ciała w całości na podróż do zaświatów. Chodziło o spuściznę. O pamięć. O zapewnienie, że kiedy przyszłe pokolenia będą grzebać w tych grobach, znajdą coś, co wciąż będzie mówić o potędze i prestiżu.
Królowa Arnegunda przemawia do nas od 1400 lat. I teraz, dzięki nowoczesnej nauce, wreszcie zaczynamy rozumieć, co ma do powiedzenia.
Nieźle jak na kobietę, która zmarła zanim antybiotyki, elektryczność czy druk były choćby iskierkami w oku ludzkości.