Dotarliśmy do kosmosu — i zaczęliśmy go traktować jak coś oczywistego
No dobra, posłuchajcie. Pamiętacie czasy, gdy wyniesienie czegokolwiek na orbitę było wielkim wydarzeniem, które zdarzało się może kilka razy do roku? Te czasy minęły. W ubiegłym roku ludzkość wystrzeliła trzy razy więcej rakiet niż w 2020 — i nie zamierzamy zwalniać.
Kocham kosmos. Naprawdę go kocham. Obrazy z Teleskopu Jamesa Webba sprawiły, że przez ostatnie kilka lat czułem więcej zachwytu niż myślałem, że to w ogóle możliwe. I bądźmy szczerzy: bez rakiet nie mielibyśmy GPS-u, satelitów pogodowych ani możliwości oglądania Netflixa na środku oceanu. To wszystko ma znaczenie.
Ale jest coś, co nie daje mi spokoju po przeczytaniu najnowszych badań z University College London: możemy manipulować czymś, czego do końca nie rozumiemy — i robimy to w szalonym tempie.
Problem sadzy, o którym nikt nie mówi
Sprawa wygląda tak. Kiedy rakiety startują (a potem ich człony powracające spadają przez atmosferę), uwalniają czarny węgiel — czyli sadzę. Prawdopodobnie kojarzycie sadzę z spalinami samochodowymi albo pożarów. Ale jest coś, co wyróżnia sadzę rakietową: utrzymuje się w górnych warstwach atmosfery 500 razy dłużej niż przy powierzchni ziemi.
Pięćset razy.
Zatrzymajcie się na chwilę przy tej liczbie.
To nie jest ciekawostka. Ta długowieczność oznacza, że cząsteczki mają znacznie więcej czasu, żeby wpływać na nasz klimat. A tuUWAGA — niektóre z tych cząstek blokują światło słoneczne, co może powodować efekt chłodzenia. Naukowcy nazywają to „zasadniczo nieuregulowanym eksperymentem geoengineeringowym".
Dla niezaznajomionych: geoengineering to sytuacja, gdy ludzie celowo próbują manipulować ziemskim klimatem — zwykle poprzez wprowadzanie substancji do atmosfery, żeby odbijały światło słoneczne z powrotem w kosmos. Przerażające? Naukowcy nie pytali nas o zdanie. Nie było żadnych spotkań o etyce. Po prostu... to robimy. Przypadkowo.
SpaceX i boom megakonstelacji
Nie chcę tutaj obwiniać żadnej konkretnej firmy, ale bądźmy szczerzy: SpaceX jest w pokoju, ale zajmuje całą przestrzeń. Ich konstelacja satelitów Starlink — która obiecuje dostęp do internetu dosłownie wszędzie na Ziemi — umieściła na orbicie ponad dziesięć tysięcy satelitów. Dziesięć tysięcy. To więcej niż połowa wszystkich aktywnych satelitów krążących teraz nad naszymi głowami.
I nie zamierzają się zatrzymywać. Wręcz przeciwnie.
Badania UCL wykazały, że sama firma Starlink odpowiada za większość wzrostu liczby startów. Więc kiedy wszyscy cieszymy się z globalnego dostępu do szerokopasmowego internetu, może powinniśmy też zadać pytanie: co ta cała infrastruktura robi z niebem nad nami?
Jest jakieś światełko w tunelu?
No i tutaj robi się ciekawie. Efekt chłodzenia od zanieczyszczeń rakietowych może brzmieć prawie... dobrze? W świecie zmagającym się ze zmianami klimatycznymi, czy mniej rakiet mogłoby być dla nas złe?
Naukowcy nie dają się nabrać. I szczerze mówiąc, ja też nie. Problem z niekontrolowanymi eksperymentami polega na tym, że nie możesz wybierać wyników. Erupcje wulkanów też chłodzą planetę — ale powodują też masę innych problemów: zaburzone wzorce pogodowe, plony, które nie rosną. Nie mamy pojęcia, co slow, stały „deszcz" sadzy rakietowej może zrobić z monsunami, prądami oceanicznymi czy ekosystemami, których jeszcze nie do końca rozumiemy.
Poza tym — jest więcej rzeczy do niepokoju niż tylko sadza. Jedno z badań wykazało, że pojedynczy start Falcona 9 w lutym uwolnił do atmosfery 30 kilogramów litu. To więcej niż dziesięciokrotność tego, co cała planeta zwykle produkuje w ciągu dnia. Prowadzimy eksperyment chemiczny w skali globu, jeden start po drugim.
Dobre wieści (tak, są i takie)
Obiecałem sobie, że skończę w tonie, który nie będzie totalną zagładą, bo szczerze? Nie uważam, żeby to było pomocne albo uczciwe.
Naukowcy mówią, że wpływ jak dotąd jest wciąż relatywnie niewielki. Nie przekroczyliśmy żadnych nieodwracalnych progów. I co ważne — w przeciwieństwie do dwutlenku węgla ze spalania paliw kopalnych, to zanieczyszczenie nie kumuluje się przez wieki — te cząsteczki sadzy w końcu spadają.
Więc mamy tutaj okno możliwości. Nie na zawsze, ale teraz — w tym momencie — mądre regulacje i przemyślane praktyki branżowe mogą naprawdę coś zmienić. Naukowcy wzywają do międzynarodowej współpracy w zakresie standardów zanieczyszczeń z startów, co szczerze mówiąc powinno wydarzyć się lata temu.
Do czego wracam w myślach
Myślałem o tym przez ostatnie dni i oto co mnie uderza: jesteśmy tak podekscytowani możliwościami, jakie daje kosmos, że zapomnieliśmy zadać podstawowe pytanie — co tak naprawdę tracimy. Każdy start zostawia ślad. Każda konstelacja satelitów zmienia nocne niebo i atmosferę nad nim.
To nie znaczy, że powinniśmy przestać eksplorować kosmos — absolutnie nie. Ale może, tylko może, powinniśmy zwolnić na tyle, żeby zrozumieć, co robimy, zanim zrobimy więcej. Bo atmosfera nie negocjuje i nie wysyła ostrego listu, gdy ją psujemy.
Czasami bycie dobrym zarządcą naszej planety oznacza zatrzymanie się i zadanie trudnych pytań — nawet gdy coś wydaje się naprawdę, naprawdę fajne.
Źródło: Popular Mechanics — The Rocket Boom Has a Dark Side That Nobody's Talking About