Masz minutkę? Mam do ciebie pytanie.
Kiedy myślisz o wynalazkach Benjamina Franklina, co pierwsze przychodzi ci do głowy?
Pewnie bifokale, piorunochron albo ten słynny eksperyment z latawcem. Klasyka. Tak zwykle uczą w szkole.
Ale Ben Franklin wymyślił coś jeszcze. Coś dziwnego. Czegoś, co w szczytowym momencie sprawiło, że kompozytorzy pokroju Mozarta pisali dla niego muzykę, a w najgorszych czasach obwiniano je o wpędzanie ludzi w obłęd.
Mówię o harmonijce szklanej. I szczerze? To jedna z najbardziej fascynujących historii, o której prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś.
Jak salonowa sztuczka podbiła Europę
Wszystko zaczęło się od triku na imprezie. (Prawie wszystko tak się zaczyna, prawda?)
Koncepcja była prosta: napełniasz kilka szklanek różną ilością wody, prowadzisz wokół brzegu wilgotnym palcem i tworzysz muzykę. Ten sam trick, który pewnie sam kiedyś wypróbowałeś przy kolacji. W latach sześćdziesiątych XVIII wieku takie przedstawienie robiło furorę na eleganckich przyjęciach.
Sam Franklin pięknie to opisał w liście: „Z pewnością słyszałeś o słodkim dźwięku wydawanym przez kieliszek, gdy przesuwasz po jego brzegu wilgotnym palcem."
Zobaczył tę demonstrację w Królewskim Towarzystwie Naukowym i coś go olśniło. Salonowa sztuczka z prawdziwym potencjałem muzycznym — ale nieporęczna. Kieliszki leżały porozrzucane na stołach, trudne do opanowania, ograniczone w zakresie.
Więc Franklin, bo przecież to Franklin, to ulepszył.
Prawdziwy wynalazek
Geniusz jego projektu tkwił w samej konstrukcji. Zamiast luźnych szklanek na stole, stworzył serię miseczek szklanych — coraz większych w miarę przesuwania się wzdłuż instrumentu — zamontowanych poziomo na wrzecionie. Wrzeciono obracało się pedałem nożnym, a grający zwilżał palce i grał.
Wyobraź sobie ksylofon, ale cały ze szkła, bez żadnych pałeczek. Po prostu koniuszki palców tańczące po gładkich, śpiewających miseczkach.
Brzmienie? Wszystko wskazuje na to, że absolutnie eteryczne. Franklin opisywał tony jako „niezwykle słodkie, przewyższające wszystkie inne". I nie był w tej ocenie odosobniony.
Kiedy wieść o jego wynalazku się rozeszła, podbiła europejską arystokrację błyskawicznie. Młoda muzyczka Marianne Davies dała pierwszy publiczny koncert w 1762 roku i nagle wszyscy chcieli usłyszeć tę czarodziejską muzykę szklaną.
Wątek z Mozartem
A tutaj robi się naprawdę ciekawie. Mozart — tak, TEN Mozart — skomponował utwór na harmonijkę szklana. konkretnie Adagio i Rondo (K. 617), które napisał w 1791 roku, zaledwie miesiące przed śmiercią.
Beethoven też sięgnął po ten instrument w swoim utworze „Lenore Prohaska". Nagle to, co zaczęło jako ciekawostka naukowa, stało się pełnoprawnym elementem muzyki klasycznej.
Ale potem, niemal tak szybko, jak wzleciało, harmonijka szklana zaczęła upadać. A powód jest absolutnie szalony.
Gdy pojawiły się plotki o szaleństwie
Pewien niemiecki lekarz imieniem Franz Anton Mesmer — tak, TEN Mesmer, od którego wzięło się słowo „hipnotyzować" — dorwał jeden z tych instrumentów i postanowił, że ma magiczne właściwości lecznicze.
Muszę być jasny: nie ma żadnych naukowych dowodów na to, co Mesmer twierdził. Uważał, że wibracje harmonijki szklanej mogą wpływać na ludzkie ciało poprzez coś, co nazwał „magnetyzmem zwierzęcym", i wykorzystywał instrument w swoich tak zwanych zabiegach. Jego pacjenci donosili o zapadaniu w trans lub doświadczaniu wizji.
Czy to brzmi wiarygodnie? No właśnie.
Ale pseudoscience w XVIII wieku — ona się rozprzestrzeniała. Kiedy ludzie zaczęli szeptać, że ten szklany instrument może hipnotyzować słuchaczy albo nawet wpędzać ich w szaleństwo, nie dało się tego cofnąć.
W Niemczech pojawiły się plotki. Jedni twierdzili, że instrument jest niebezpieczny dla grających. Drudzy mówili, że zbyt długie słuchanie uszkadza psychikę. Wybuchła moralna panika, co w XVIII wieku oznaczało mnóstwo zaniepokojonych listów i kazań kościelnych.
Dlaczego naprawdę zniknęła
Moim zdaniem — i myślę, że dowody na to wskazują — te plotki o szaleństwie były prawdopodobnie kompletnym bezsensem. Nigdy nie było wiarygodnego medycznego czy naukowego powiązania między harmonijką szklaną a deterioracją psychiczną.
Więc dlaczego instrument faktycznie zaniknął?
Szczerze? Pewnie po prostu był zbyt delikatny. Precyzyjnie wykonane miseczki szklane, obracane pedałami nożnymi, wymagające dokładnego ułożenia palców. Wyobraź sobie koszmar konserwacji. Jeden fałszywy ruch i masz wszędzie potłuczone szkło.
Poza tym, w XIX wieku instrumenty orkiestrowe stawały się głośniejsze i potężniejsze, żeby wypełnić większe sale koncertowe. Delikatna, cicha jak szept harmonijka szklana nie mogła z tym konkurować. Była pięknym instrumentem na kameralne występy w salonach, ale nie skaliowała.
Czasami rzeczy nie znikają, bo są złe — czasem po prostu nie pasują do zmieniających się czasów.
Konkluzja z twistem
Muszę tutaj przyznać jedno. Oryginalny artykuł, z którego korzystałem, kończy się sugestią, żeby obejrzeć występ Korn z MTV Unplugged z 2006 roku, gdzie używają szklanych misek jako instrumentu.
I szczerze? To całkiem niezłe. Bo okazuje się, że harmonijka szklana nigdy naprawdę nie umarła — po prostu ewoluowała. Współcześni muzycy nadal używają szklanych instrumentów, od awangardowych kompozytorów po niezależne zespoły szukające tego unikalnego eterycznego brzmienia.
Franklin pewnie byłby zachwycony. Gość, który dał nam piorunochron, bifokale i kominek franklinowski... i apparently, mały fragment DNA czegoś tam, czym był występ Korn.
Nieźle jak na Ojca Założyciela, który znajdował jeszcze czas na narzekanie, że budzą go koguty.